Brzeska Krystyna

Krystyna Brzeska z d. Sznajder z Węgorzewa (1925-2017), walczyła w Powstaniu Warszawskim ps. „Jola”, urodzona w Paprotni k. Zduńskiej Woli, córka właściciela tego majątku Kazimierza Sznajdra. Krystyna Brzeska, pseudonim „Jola”, miała 18 lat, gdy wybuchło Powstanie Warszawskie. Była łączniczką 3. Batalionu Pancernego Armii Krajowej "Golski".

 

 

Ku pamięci zduńskowolan walczących w powstaniu warszawskim odsłonięto w 2011 roku tablicę "Ku czci zduńskowolan walczących w Powstaniu Warszawskim 1944 roku" na ścianie kamienicy przy ul. Dąbrowskiego 7. Na tablicy znajdą się nazwiska 36 osób.

 

 


 

Krystyna Brzeska wspomina lato 1944 roku

To był cudowny młodzieńczy zryw w obronie polskości i honoru Polaków - mówi węgorzewianka Krystyna Brzeska, uczestniczka Powstania Warszawskiego. - Nikt nie dopuszczał do siebie myśli, że coś się nam nie uda. Wiedzieliśmy, że możemy zginąć, ale my wtedy byliśmy na to gotowi. Wręcz chcieliśmy zginąć dla Polski!

 


Na zdjęciu pani Krystyna Brzeska z córką Magdaleną

 

Lato 1944 roku było bardzo gorące i suche - wspomina „Jola”, bo taki pseudonim w Powstaniu (na cześć swojej przyjaciółki) nosiła pani Krystyna, jedna z łączniczek w 3. Batalionie Pancernym Armii Krajowej „Golski”. O planowanych na 1 sierpnia działaniach dowiedziała się podczas pobytu w majątku ziemskim w Niegowie pod Radzyminem.
- Ale powstanie zastało mnie już na ulicy Lwowskiej w Warszawie - opowiada węgorzewianka. - Pamiętam widok niemieckich samolotów zrzucających bomby zapalające. Wiedziałam i cieszyłam się, że właśnie się zaczęło.

Nieprzespane noce, piwniczne przejścia

Zadaniem niespełna 19-letniej łączniczki „Joli” oraz jej koleżanek było przekazywanie ustnych meldunków i rozkazów dowództwa do oddziałów, rozmieszczonych na terenie całego miasta. - To było funkcja niezwykle odpowiedzialna i wymagająca ogromu poświęcenia oraz dyspozycyjności - mówi Krystyna Brzeska. - Ja w pierwszym miesiącu Powstania spalam może z pięć nocy, bo ciągle było coś pilnego do załatwienia, do przekazania chłopakom na barykadach. W te najbardziej niebezpieczne miejsca chodziło się piwnicami, w których były powybijane podziemne przejścia. Każdego dnia podawano mi nowe hasło i odzew. Gdybym ich nie znała, to nasz patrol, spotkawszy mnie na ulicy, miał prawo mnie zastrzelić.

Kasza na bruku i broń dla wroga

Sześćdziesiąt pięć lat po sierpniowo-wrześniowej batalii „Jola” przyznaje, że powstańcy nie do końca byli przygotowani do tak wielkiego przedsięwzięcia. - Mieliśmy bardzo mało broni, mało jedzenia i picia - mówi pani Krystyna. - Pistolety, karabiny i amunicję zdobywało się podczas wypadów na małe oddziały niemieckie, z których nie wszyscy nasi chłopcy wracali do bazy. Natomiast żywność dostarczali nam ludzie mieszkający w okolicy. Po jedzenie chodziliśmy również do kawiarni Lardellego i do przedwojennej wytwórni piwa, skąd zawsze przynosiliśmy woreczki z jęczmieniem. Ziarno zmielone w młynkach do kawy pozwalało nam zaspokoić głód.

Liczyliśmy na pomoc Rosjan, ale oni najwyraźniej nie zamierzali nam pomagać. Stali za Wisłą i obserwowali, jakby czekając, aż się wykrwawimy. Owszem, któregoś dnia zrzucili nam kilka worków z kaszą, ale wszystkie one pękły po zderzeniu z brukiem. A nikt z nas nie miał ochoty na kaszę z piachem. Podobnie „pomagali” nam Amerykanie. Kiedyś tak zrzucili nam broń, że prawie w całości przejęli ją Niemcy. Wtedy wiedzieliśmy już, że tak naprawdę jesteśmy w tym powstaniu sami.

Szklanka wody do mycia i picia

Najgorsze były ostatnie dni, tak od połowy września - wspomina Krystyna Brzeska. - Wtedy dało się odczuć zwątpienie i żal, że jednak nam się nie udało. W Warszawie coraz rzadziej słychać było odgłosy wystrzałów, w powietrzu unosił się smród spalenizny, dostawaliśmy coraz więcej wiadomości o zabitych kolegach. Wyczerpani, wygłodzeni, brudni, bez picia, gazu, elektryczności staraliśmy się podtrzymywać wzajemnie na duchu, wierzyć, że to jeszcze nie koniec, że nadejdą sojusznicy. Niestety, nie nadeszli… Pamiętam, jak pod koniec powstania chłopcy niespodziewanie przynieśli jakieś mięso. Zjedliśmy je ze smakiem, bo w tamtych czasach dla nas to był prawdziwy rarytas. Potem okazało się, że jedliśmy… psa, upolowanego na ulicy.

Nigdy nie przełamię niechęci do Niemców

Choć czas zatarł już wiele wspomnień z okresu wojny, Krystyna Brzeska do dziś nie potrafi przekonać się do narodu niemieckiego. - Mam niemieckie nazwisko rodowe, moja bratanica wyszła za Niemca, ale ja czuję niechęć, której nic nie jest w stanie przełamać - mówi „Jola”. - To, co wojna pozostawiła w mym sercu po wojnie, za bardzo boli.
Pani Krystyna nie oglądała nigdy filmów o Powstaniu, nie czytała książek na ten temat. Twierdzi, że nie jest i nigdy nie będzie gotowa na taki powrót do tamtych czasów, bo wzruszenie mogłoby być zbyt silne. Stołeczne Muzeum Powstania Warszawskiego węgorzewianka jednak odwiedziła. - Byłam tam z rodziną - mówi. - Polecam wszystkim, to naprawdę warto zobaczyć.

 


 

Symbol walki o niepodległą Polskę

Powstanie Warszawskie (1 sierpnia - 2 października 1944 r.) było największą bitwą stoczoną przez Wojsko Polskie w czasie drugiej wojny światowej. Zorganizowano je w ramach planu „Burza” na rozkaz dowództwa Armii Krajowej. Oddziały AK liczyły 50 tysięcy żołnierzy, ale 1 sierpnia do walki przystąpiło około 23 tysięcy (w tym zaledwie 10% uzbrojonych). Siły niemieckie liczyły początkowo 15 tysięcy, potem rozbudowano je do 50 tysięcy żołnierzy.

Powstanie nie osiągnęło celów wojskowych ani politycznych, ale dla kolejnych pokoleń Polaków stało się symbolem męstwa i determinacji w walce o niepodległość. Źródła historyczne podają różne dane dotyczące strat. Niektóre twierdzą, że podczas Powstania zginęło 10 tysięcy młodych Polaków, inne mówią nawet o 18 tysiącach zabitych powstańców i 150 tysiącach cywilów. Dotkliwe straty poniosła również strona niemiecka, choć i w tej kwestii nie ma zgodności historyków. W jednych opracowaniach można przeczytać, że zginęło około 10 tysięcy okupantów, drugie podają, iż śmierć poniosło nawet 26 tysięcy Niemców.

Bogusław Zawadzki

 


 

Mamy obowiązek pamiętać! 75 rocznica Powstania Warszawskiego

Dziś obchodzimy 75. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. W większości polskich miast ludzie zbierają się, by w "godzinę W" zatrzymać się i minutą ciszy uczcić tych, którzy walczyli o niepodległą Polskę. Trzy lata temu miałyśmy zaszczyt porozmawiać z Panią Krystyną Brzeską (pseudonim "Jola"), która przez 63 dni powstania walczyła o naszą wolność. I chociaż nasza Bohaterka odeszła od nas w styczniu 2017 roku, pamięć o niej na zawsze pozostanie żywa.

Pani Krystyna była skarbnicą wiedzy, patriotką, a przede wszystkim wspaniałą, elegancką kobietą. O losach powstańców opowiadała z trudem, ale też z wielką dumą. Nasza pierwsza rozmowa miała miejsce w 2016 roku. Nikt nie spodziewał się, że w styczniu 2017 roku na zawsze pożegnamy "Jolę". Plan był przecież inny – miałyśmy się jeszcze spotkać, porozmawiać, postarać się, by nasza Bohaterka razem z innymi zatrzymała się 1 sierpnia w "godzinę W" w centrum miasta. Tak bardzo cieszyła się, gdy ją odwiedziliśmy, była dumna, że "młodzi pamiętają", a my byłyśmy dumne, że mogłyśmy ją poznać, przytulić, podziękować. Dziś zostały już tylko wspomnienia i zapis naszej ostatniej rozmowy. W tym szczególnym dniu wspomnijmy raz jeszcze historię "Joli".

 

 

- Pamięć jest ulotna, niestety - zaczęła swoją opowieść Krystyna Brzeska. - Do udziału w powstaniu pchnęła mnie miłość do Ojczyzny. Byłam zawsze wierna Polsce, w szczególności w czasach okupacji, hitleryzmu, gnębienia Polaków. To jest taka rzecz naturalna, wtedy cała młodzież była patriotyczna. Miałam 14 lat, gdy wybuchła wojna, 18 - gdy wybuchło powstanie i cały czas byłam związana z ruchem oporu. Byliśmy młodzi, zapalczywi i mieliśmy swoje ideały.

Wąż ludzki od piwnic do dachów

1 sierpnia 1944 roku o godzinie 17.00 wybuchło zbrojne powstanie przeciwko wojskom niemieckim okupującym Warszawę. W trakcie dwumiesięcznych walk życie straciło około 16 tys. osób, 20 tys. zostało rannych, a ok. 15 tys. trafiło do niewoli. Wśród walczących znalazła się 18-letnia Krystyna Brzeska, pseudonim "Jola". - Gdy wybuchło powstanie, to zaczęliśmy od gaszenia dachów, które płonęły od bomb zapalających zrzucanych z samolotów - wspominała węgorzewianka. - To był wąż ludzki od piwnic do dachów. Jeden drugiemu podawał wodę. Później doszły budowy barykad na ulicy Lwowskiej koło Architektury. W pierwszym miesiącu powstania spałam może z pięć nocy. Czasami to była godzinka snu, czasem pół godziny. Ciągle byłam w ruchu, biegałam z meldunkami od jednej placówki do drugiej.

Ostrzał barykady

Krystyna Brzeska w Powstaniu Warszawskim była łączniczką 3. Batalionu Pancernego Armii Krajowej "Golski". Jak mówiła, w czasie walki nie czuła strachu, ani bólu. Była gotowa oddać życie za wolność Ojczyzny. Powstańcy do walki stawali pełni nadziei i wiary, że uda się wydrzeć wolność z rąk okupanta. - Zostałam ranna na barykadzie przy ul. Polnej - mówiła łączniczka Armii Krajowej. - Podjechał czołg od Pola Mokotowskiego i ostrzelał naszą barykadę. To była godzina 4 lub 5 rano, miałam dyżur. Słyszałam krzyki rannych, wiec pierwsze co zrobiłam, to pobiegłam po patrol sanitarny. Zaczęliśmy opatrywać wszystkich po kolei, a na końcu mówię: zobaczcie co z moją nogą, bo coś mi w bucie chlupie. Byłam w wysokich oficerkach i okazało się, że odłamek pocisku przeszedł przez but, łydkę przebił na wylot i wpadł do buta. Opatrzyli mnie na końcu i okazało się, że byłam jedną z najciężej rannych.

Byliśmy młodzi, potrzebowaliśmy jedzenia

Dla powstańców najcięższy był drugi miesiąc walki, gdy zaczęło brakować żywności oraz amunicji. Rozpoczęła się walka o przetrwanie. - To były aż 63 dni powstania - tłumaczyła Krystyna Brzeska. - Pierwszy miesiąc był wypełniony po brzegi. Mieliśmy jeszcze amunicję, więc ciągle toczyły się walki z Niemcami, którzy byli blisko nas. Można powiedzieć, że byliśmy z nimi w kontakcie bezpośrednim. Brakowało żywności, nikt nie był przygotowany, że powstanie będzie trwało tak długo. Gdy już naprawdę nie było co jeść, silniejsze osoby były oddelegowane, żeby wyprawiać się do browaru Haberbuscha i Schielego po jęczmień. Trzeba było przejść przez Aleje Jerozolimskie, a tam wiadomo – ostrzał niemiecki. Bardzo dużo osób tam zginęło. W poprzek ulicy zrobiony był tunel, który troszeczkę chronił, ale jeżeli ktoś się wychylił, to od razu dostawał. Pod koniec powstania chłopcy znaleźli jakiegoś psa, zastrzelili go i ugotowali. Było nas wtedy około 50 osób, każdy dostał po niewielkim kęsie. Byliśmy młodzi, potrzebowaliśmy jedzenia – mówiła ze łzami w oczach.

Zostałaś podana do odznaczenia

Wyprawy po zaopatrzenie były ryzykowne i niebezpieczne. Jedną z takich nieudanych akcji była wyprawa do kawiarni Lardellego, gdzie Niemcy w piwnicach trzymali świnie. Plan zakładał zastrzelenie świni i przyniesienie jej na noszach do stanowiska powstańców. - Okazało się, że to był niewypał - wspominała "Jola". - W tej akcji został ranny nasz dowódca, Tadeusz Gebethner. Chłopcy wynieśli go spod ostrzału, a że nie było żadnych sanitariuszy, to przekazali go mnie. Wzięłam go pod rękę i troszkę go niosłam, troszkę ciągnęłam, a nawet wlokłam do punktu sanitarnego. Udało mi się go uratować, bo oddałam go w ręce lekarzy. Jednak zanim to nastąpiło, posadziłam go na krześle, a żeby nie upadł mdlejąc, uklękłam za nim i tak go trzymałam. Trwało to bardzo długo, pamiętam, że cala zdrętwiałam, nim lekarze przyszli się nim zająć. Pod koniec powstania zostałam odznaczona Krzyżem Walecznych. Byłam tak wyczerpana, że po prostu padłam, a gdy przyszła do mnie kobieta z dowództwa, to leżałam wycieńczona na łóżku. Powiedziała: "Jola zostałaś podana do odznaczenia" i wręczyła mi symboliczną bibułkę, którą udało mi się wynieść z powstania.

Czekałam, aż dostanę serię w plecy

Po 63 dniach nierównej walki z okupantem, 3 października powstanie zakończono kapitulacją. Wielu powstańców trafiło do niewoli, jednak Krystynie Brzeskiej udało się opuścić Warszawę wraz z innymi łączniczkami i kobietami z korpusu sanitarnego. - Dowództwo sugerowało, żeby patrole sanitarne i łączniczki starali się wyjść z ludnością cywilną, no i tak zrobiłyśmy, chłopcy niestety poszli do niewoli - opowiadała dalej pani Krystyna. - Wraz z ludnością cywilną zapchali nas na Dworzec Zachodni, gdzie podjeżdżały pociągi i zabierały ludzi do obozu w Pruszkowie. Nasz patrol – 6 dziewczyn stał na peronie i czekał na kolejny transport, gdy podjechał niemiecki pociąg z polskimi kolejarzami. Akurat zatrzymali się przed nami, otworzyli drzwi i kazali nam wskakiwać. Po peronie ciągle chodził niemiecki żołnierz. Ja ostatnia wskakiwałam i czekałam aż dostane serię w plecy. Na szczęście się udało. Nie zauważył, że wskoczyłyśmy, a może nie chciał zauważyć. Może był przyzwoitym człowiekiem?

Mamy obowiązek pamiętać!

Podczas rozmowy głos pani Krystyny łamał się wiele razy, wspomnienia wciąż były żywe i bolesne. "Jola" wiele razy podkreślała, że pamięć o ludziach, którzy stanęli do walki o naszą Ojczyznę, to nasz narodowy obowiązek. Każdego roku, 1 sierpnia o godzinie 17.00 w całej Polsce zawyją syreny, by upamiętnić rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Gdziekolwiek będziesz, zatrzymaj się na chwilę i oddaj cześć Bohaterom.

Pani Krystyno, "Jolu" – pamiętamy!
(Magdalena Mikiciuk, Monika Kacprzak)

 


 

Wręczenie medali w UMiG Kowalewo Pomorskie

 

 

W dniu 2 lutego 2012r. w obecności Burmistrza Kowalewa Pomorskiego Pana Andrzeja Grabowskiego Wojskowy Komendant Uzupełnień ppłk Krzysztof Gruszecki na podstawie Decyzji Ministra Obrony Narodowej dokonał uroczystego wręczenia srebrnych medali „Za zasługi dla obronności kraju”. Medale otrzymali Państwo Zofia i Andrzej Gręźlikowscy, Jadwiga i Jerzy Kamińscy oraz Pani Krystyna Brzeska.

 




 


W 78. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego znicze na grobie Bohaterki
zapalił burmistrz Węgorzewa Krzysztof Kołaszewski.