Libsz Jan

Libsz Jan (1912-1944) Współorganizator konspiracyjnej Legii Narodowej na terenie Zduńskiej Woli i Sieradza, a następnie żołnierz ZWZ-AK, ps. „Anatol”, „Kruk”. Libszowie byli rodziną mającą czeskie korzenie, ulegli najpierw zniemczeniu, a następnie spolszczeniu. Ojciec Jana Libsza był z zawodu piekarzem. W latach trzydziestych minionego wieku „za chlebem” wyjechał do USA w 1937 roku powrócił do Zduńskiej Woli,

 

 

W czasie wojny Jan Libsz wstąpił do NSDAP, został członkiem Narodowosocjalistycznego Korpusu Kierowców. Umożliwiało mu to podróżowanie podczas godzin policyjnych. Dobre alibi zapewniała mu też praca w łódzkiej fabryce Steinerta. Podobno afiszował się z narodowosocjalistycznymi sympatiami, w klapie marynarki nosił swastykę. Dopiero potem okazało się, że to kamuflaż, który pozwolił mu na działalność konspiracyjną.

Libsza aresztowano 13 czerwca 1944 r. i zamordowano w siedzibie Gestapo w Łodzi, nie "sypnął" nikogo. W ręce Niemców trafiła też jego żona. Przed aresztowaniem zdążyła ukryć u sąsiadki ich dwuletniego syna Jana. Zostawił żonę i dwuletniego syna, których po wojnie komuniści "uznali" za Niemców i skierowali na ciężkie roboty.

 


 


ilustracja Tomasz Kleszcz

 

Jan Libsz „Anatol”- Psotny Dyzio

Po klęsce w kampanii polskiej 1939 roku Łódź znalazła się w granicach III Rzeszy, w tzw. Kraju Warty. Polaków mieszkających w Łodzi wywłaszczano z nieruchomości, usuwano ze stanowisk kierowniczych w instytucjach i urzędach, ograniczano im dostęp do kultury czy oświaty, niekiedy zaś – jak w przypadku łódzkiej inteligencji – pozbawiano wolności lub nawet życia. Jakikolwiek opór utrudniała też liczna mniejszość niemiecka, która często sprzyjała okupantowi. I w tak trudnych warunkach udawało się jednak w Łodzi organizować działania skierowane przeciwko Niemcom, przede wszystkim w ramach ogólnopolskiej Akcji „N”.

Pod tą nazwą polskie podziemie ukrywało walkę psychologiczną, na którą składały się działania dywersyjne i dezinformacyjne, mające podważać wśród Niemców wiarę w zwycięstwo i nieomylność Adolfa Hitlera. W ramach Akcji „N” m.in. redagowano i kolportowano fałszywe gazety niemieckie, w których pojawiały się wiadomości o porażkach sił zbrojnych III Rzeszy czy sugestie o istnieniu w Niemczech silnej antyhitlerowskiej konspiracji. W periodykach tych pisano również o niemieckich zbrodniach wojennych, kłopotach z zaopatrzeniem czy zagrożeniu alianckimi nalotami dla miast w Niemczech, czego niemieckie społeczeństwo nie mogło przeczytać w oficjalnej prasie. Publikacje Akcji „N” drukowane były na oryginalnym papierze, przy wykorzystaniu niemieckich czcionek i z udziałem germanistów dbających o językową poprawność, dlatego Gestapo długo nie
podejrzewało, że są one dziełem Polaków.

Tylko garstka wtajemniczonych członków podziemia wiedziała, że za produkcję i kolportaż wydawnictw Akcji „N” w Łodzi odpowiadał Jan Libsz, posługujący się w konspiracji pseudonimami „Kruk” i „Anatol”, urodzony w 1912 roku syn piekarza i właściciela warsztatu samochodowego ze Zduńskiej Woli. Rodzina o czeskich korzeniach uległa z czasem zniemczeniu, toteż pod okupacją Libszowie podpisali volkslistę. Sam „Anatol” wstąpił do Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników (NSDAP) oraz Narodowosocjalistycznego Korpusu Kierowców. Pracował też jako metalurg w niemieckiej fabryce w Łodzi. Obnosił się ze swoimi sympatiami do okupanta, w klapie marynarki miał demonstracyjnie wpiętą swastykę. Wszystko to było jednak tylko kamuflażem, umożliwiającym Libszowi swobodne podróżowanie po III Rzeszy i prowadzenie działalności konspiracyjnej.

Libsz – mimo że nie był zawodowym wojskowym – do działań przeciwko Niemcom włączył się jeszcze jesienią 1939 roku, w gronie znajomych i rodziny tworząc dywersyjny oddział o nazwie „Legia Narodowa”. Aktywność „Anatola” została szybko dostrzeżona przez łódzkie podziemie, zyskując uznanie m.in. jednego z dowódców Związku Walki
Zbrojnej i Armii Krajowej mjr. Zygmunta Jankego ps. Walter. Janke pozostawał pod wrażeniem odważnych i niekonwencjonalnych czynów Libsza, w żartach nazywając go „Psotnym Dyziem”. „Anatol” wkrótce przystąpił do tworzenia własnej siatki w ramach struktur AK.

Akcja dezinformacyjna wśród Niemców przybrała wówczas na sile. Upubliczniano kompromitujące informacje na temat życia prywatnego hitlerowskich funkcjonariuszy. Rozpowszechniano ulotki nt. zbrodni popełnianych przez Wehrmacht. Rannych Niemców, hospitalizowanych w łódzkich szpitalach, instruowano, jak symulować chorobę, by uniknąć wysłania na front. Fałszywymi zawiadomieniami i donosami paraliżowano pracę niemieckich urzędów i Gestapo. Do rodzin niemieckich żołnierzy wysyłano spreparowane listy z frontu z opisami okrucieństw, które ich tam spotykały, a rodziców chłopców z Hitlerjugend informowano o niemoralnym prowadzeniu się dzieci należących do tej organizacji. Na ulicach Łodzi rozklejano też antyhitlerowskie plakaty udające druki niemieckich socjaldemokratów.

Cały czas dystrybuowano fałszywą prasę niemiecką. Miesięcznie zespół Libsza miał dostarczać do niemieckich urzędów, koszar i dzielnic nawet 600 ulotek i pism. Część spreparowanych w Łodzi materiałów Gestapo znalazło później m.in. w Wiedniu i Monachium. Być może najbardziej spektakularnym działaniem Libsza było wciągnięcie do rzekomej niemieckiej konspiracji antyhitlerowskiej żołnierzy Wehrmachtu z łódzkiej jednostki transportowo-remontowej. „Opozycjoniści” ci przekazywali „konspiratorom” broń, leki oraz pieniądze, nie przypuszczając nawet, że wspierają w ten sposób Armię Krajową!

Akcję „N” w Łodzi przerwało rozpracowanie grupy przez Gestapo, zwieńczone aresztowaniem w czerwcu 1944 roku Jana Libsza i jego żony. Dalsze losy „Anatola” pozostają nieznane. Pewne jest tylko, że trafił do niemieckiego więzienia przy ul. Sterlinga 16, gdzie po około dwóch tygodniach śledztwa zmarł lub został zamordowany. W obozie koncentracyjnym w Ravensbrück końca wojny doczekała natomiast żona „Psotnego Dyzia”.

Schwytanie Libsza zbiegło się w czasie z końcem Akcji „N” na terenie całego okupowanego kraju. Miało to związek ze zmianą sytuacji militarnej: porażki na froncie oraz bombardowania alianckie sprawiły, że Niemcy i bez dezinformacyjnych działań Polaków byli coraz bardziej negatywnie nastawieni do III Rzeszy i jej przywódców. Ponadto na ziemie polskie dotarła propaganda sowiecka, w tym czasie już groźniejsza niż niemiecka. By ją zwalczać, Armia Krajowa rozpoczęła Akcję „Antyk”…

Po wojnie rodzina Libszów mieszkała w Zduńskiej Woli. Matka i siostra bohatera, choć same były zaangażowane w kolportaż wydawnictw Akcji „N”, jako że podpisały volkslistę, trafiły do więzienia. Syn „Anatola”, który urodził się w trakcie wojny, wyjechał do Wrocławia i przyjął nazwisko Luberacki.

Nikt – być może z obawy przed szykanami ze strony nowej komunistycznej władzy – nie kultywował pamięci o Janie Libszu. W efekcie wiele epizodów z biografii tego tajemniczego bohatera – jego przedwojenne losy czy ewentualne doświadczenie wojskowe… – pozostaje nieznanych. Nie zadbano również o to, by Libsza – współorganizatora łódzkiej Akcji „N” – uhonorować choćby Krzyżem Walecznych. Do dziś nie wiadomo, gdzie Niemcy pochowali jego ciało.

Bartłomiej Kluska

  


 


 
Jan Libsz brał udział w akcji „N”

- Libszowie byli rodziną mającą czeskie korzenie - mówił nam Artur Ossowski z łódzkiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej - Rodzina ta uległa najpierw zniemczeniu, a następnie spolszczeniu. Ojciec Jana Libsza był z zawodu piekarzem. W latach trzydziestych minionego wieku „za chlebem” wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Kiedy w 1937 roku powrócił do Zduńskiej Woli, było go stać na otwarcie warsztatu samochodowego. Rodzinie zaczęło się dobrze powodzić, ale wybuchła wojna. Rodzina Libszów przyjęła volkslistę, tzw. drugiej grupy. Niemcy przejęli ich warsztat samochodowy, ale mogli w nim być zatrudnieni dotychczasowi pracownicy. Sam Jan Libsz był z zawodu metalurgiem. W czasie wojny zamieszkał w Łodzi, przy ul. Skorupki 11. Pracował w zakładach Karola Steinerta przy ul. Piotrkowskiej 274/276.

Jan Libsz wstąpił do NSDAP, został członkiem Narodowosocjalistycznego Korpusu Kierowców. Umożliwiało mu to podróżowanie podczas godzin policyjnych. Dobre alibi zapewniała mu też praca w łódzkiej fabryce Steinerta. Podobno afiszował się z narodowosocjalistycznymi sympatiami, w klapie marynarki nosił swastykę. Dopiero potem okazało się, że to kamuflaż, który pozwolił mu na działalność konspiracyjną.
- Jan Libsz był człowiekiem niepokornym, mającym duże wyczucie jeśli chodzi o środowisko miejscowych Niemców w regionie łódzkim - opowiada Artur Ossowski. - A więc w Łodzi, Pabianicach, Zduńskiej Woli, Łasku. To też człowiek z fantazją. Szef łódzkiego wywiadu Armii Krajowej, major Zygmunt Janke „Walter”, mówił o Janie Libszu jako o psotnym Dyziu. Potrafił niekiedy wprowadzić w zdumienie nie tylko służby niemieckie, ale i polski kontrwywiad. Był osobą bardzo pożądaną dla polskiego wywiadu. Ale do działań niepodległościowych włączył się sam.

Jan Libsz zaczyna działać w organizacji, którą powołuje ze znajomymi i rodziną. To Legia Narodowa. W niej wyodrębnia drużynę dywersyjną, którą nazywa „Drużyną śmierci”. W strukturach Legii Narodowej używa pseudonimu „Kruk”. Najbliższym współpracownikiem Libsza zostaje jego daleki kuzyn Walenty Prajs, ps. „Wicher”, mieszkaniec Rudy Pabianickiej. Po scaleniu Legii Narodowej z Armią Krajową Jan Libsz zostaje jednym z mózgów dywersyjnej akcji „N”. Wchodzi do zespołu hm. Władysławy Koening-Olbromskiej, która zaczęła przygotowywać działania propagandowe w Łodzi.

Rozpoczyna się prowadzona na szeroką skalę akcja dezinformacyjna wśród Niemców. Ma doprowadzić do ich zantagonizowania. Upubliczniano informacje na temat życia prywatnego hitlerowskich funkcjonariuszy. A wszystko po to, by ich ośmieszyć. Jan Libsz i jego współpracownicy rozpowszechniali w Łodzi, Zduńskiej Woli, Łasku, Pabianicach ulotki informujące o ludobójstwach III Rzeszy. Akcja jest też skierowana do żołnierzy Wermachtu leżących w szpitalu przy ul. Żeromskiego. Rozrzucają ulotki, w których radzą co robić, by być chorym. Instruują jak zarazić się żółtaczką, jak spowodować objawy odmrożenia. Żołnierze mają się domagać drogich leków, maści, których nie posiadają Niemcy.

Blokowano również pracę łódzkiej policji, w tym Gestapo. Wysyłano do nich duże ilości spreparowanych donosów o przestępstwach kryminalnych i politycznych. Ofiarami byli Niemcy, którzy przez wiele godzin w więzieniu lub na posterunku przekonywali śledczych o swej niewinności. W podobny sposób paraliżowano pracę urzędów pocztowych, skarbowych. Zalewała je fala fałszywych zawiadomień, zeznań podatkowych, wniosków i skarg. Do rodzin żołnierzy, których wysłano na front przysyłano spreparowane listy.

Konspiratorów interesowała rubryka „Polegli za Rzeszę i Fűhrera”, którą zamieszczano w okupacyjnych gazetach. Wynajdowano nazwiska Niemców zamieszkałych w Łodzi. Potem obserwowano ich rodzinę. Mając odpowiednie informacje wysyłano sygnał do łącznika z głębi Niemiec. Ten kontaktował się z rodziną poległego, podawał się za jego przyjaciela z frontu i podawał opisy koszmaru jaki przeżywał na froncie. Wysyłano też zawiadomienia do rodziców dzieci należących Hitlerjugend (chłopcy) i Bund Deutscher Mädel (dziewczęta). Informowano o niemoralnym prowadzeniu się córek i synów. Dochodziło do tego, że rodzice przerywali letnie imprezy w Hitlerjugend Park, czyli obecnym Parku im. J. Poniatowskiego.

- Miesięcznie zespół Libsza miał dostarczać do niemieckich urzędów, koszar, dzielnic 600 ulotek i pism antyniemieckich - mówi Artur Ossowski. - Największą akcją było wciągnięcie do organizacji żołnierzy z bazy transportowo-remontowej na Radogoszczu. Tam remontowano między innymi zdobyty sowiecki sprzęt pancerny lub uszkodzony niemiecki, który ściągano z frontu wschodniego. To stało się w połowie 1942 roku. Działania w tej bazie trwały do końca 1942 roku. Wtedy nastąpiły aresztowania, zarówno wśród żołnierzy, jak i zespołu Libsza.

Według gestapo aresztowano około 40 osób. Żołnierzy trzymano w więzieniu przy ul. Kraszewskiego 1/5. Jednostkę rozwiązano. Część żołnierzy wysłano do karnych kompanii. Gestapo wsparło się nie tylko ustaleniami Abwery, ale i tajnej policji polowej. Wezwano tu trzech oficerów, specjalistów od działań dywersyjnych w armii z Wiedniu. Część ulotek z Łodzi znaleziono bowiem w Wiedniu i Monachium. W czasie okupacji Jan Libsz utrzymywał kontakty z Janem Nowakiem-Jeziorańskim. Po latach legendarny Kurier z Warszawy wspominał te spotkania. Mieszkał u Libsza, w kamienicy przy ul. Skorupki 11.

Niemcy aresztowali Jana Libsza 13 czerwca 1944 roku, nieopodal jego mieszkania przy ul. Skorupki. W ręce Niemców trafiła też jego żona. Przed aresztowaniem zdążyła ukryć u sąsiadki ich dwuletniego syna Jana. Stamtąd odebrała go babcia. Jana Libsza przetrzymywało łódzkie gestapo. Został zamordowany przez Niemców 28 czerwca 1944 roku. Niemiecki lekarz wyjaśniał, że zginął na skutek zapalenia mięśnia sercowego. Zygmunt Janke „Walter” podawał inną wersję. Jan Libsz został zabity w trakcie śledztwa, bo rzucił się na konfidenta. Wojnę przeżyła jego żona, która jej końca doczekała w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück. Rodzina Libszów mieszkała w Zduńskiej Woli. Była prześladowana przez nową władzę. Matka i siostra bohatera trafiły do obozu na Sikawie. Syn Jana Libsza mieszkał we Wrocławiu. Przyjął nazwisko Luberacki. Dziś już nie żyje...

 


 


Krzysztof Szymczak- Łodzianie co roku oddają hołd żołnierzom Armii Krajowej

 

W czasie wojny mieszkał w Łodzi niejaki Jan Libsch. Był mistrzem piekarskim ze Zduńskiej Woli. Był folksdojczem, więc mógł przenieść się do Łodzi, do większego mieszkania, wśród swoich. Libs - tak też miał w papierach - był aktywnym członkiem partii nazistowskiej NSDAP i NSKK (Narodowosocjalistycznego Korpusu Kierowców). Demonstracyjnie mówił na codzień po niemiecku, chadzał w niemieckim mundurze, w klapach marynarki swastykę miał zawsze. Posiadał niemieckich przyjaciół, liczne wpływowe kontakty i pełną swobodę. Polakami jako podludźmi się nie przejmował. 

W pewnym momencie w Łodzi nastały jednak trudne czasy dla Niemców. Zaczęło się od tego, że ktoś donosił na lojalnych obywateli III Rzeszy. Donosy, fałszywe zeznania podatkowe, wnioski i skargi napływały zewsząd i na wszystkich dosłownie łódzkich Niemców. Było ich tyle, że kompletnie paraliżowały pracę niemieckich urzędów skarbowych i gestapo. Lojalni Niemcy wzywani przez te instytucje musieli słono tłumaczyć się z przestępstw, których oczywiście nie popełnili. Wysyłano nawet „życzliwe" zawiadomienia o niemoralnym prowadzeniu się pociech do rodziców dzieci zrzeszonych w Hitlerjugend i Bund Deutscher Madel. Dzieci miały prze...kichane u rodziców, rodzice u władz i nikt nie mógł nic z tym zrobić.

Gdy w łódzkim szpitalu wojskowym zaczęli zalegać ranni żołnierze Wehrmachtu, ktoś zadbał o to, by im zapewnić rozrywkę. Otrzymywali oni ulotki pod patriotycznym tytułem "Co czynić, by nie wrócić na front?". Także do czynnych oficerów przychodziły częstokroć oficjalne rozkazy od dowództwa, by stawić się w bliskim terminie gdzieś bardzo daleko. I tak wysocy rangą gestapowcy jeździli na łeb na szyję z Łodzi do - dajmy na to - Wiednia, by na miejscu dowiedzieć się, że nie było wcale takiego polecenia. Wracali z powrotem i mieli kłopoty.

Cywilni Niemcy dostawali również oficjalne wezwania... do Auschwitz. Urzędowe dokumenty informujące o nakazie stawienia się pod groźbą kary do jednego z obozów zagłady wychwalały nowoczesne rozwiązania, takie jak zastrzyki z trucizną czy uśmiercanie gazem. Porównaniem były prymitywne egzekucje sowieckie za pomocą strzału w tył głowy. Dowodziło to niezrównanej siły niemieckiej misji cywilizacyjnej. W końcu do szpitala wojskowego zaczęły trafiać już nie tylko ulotki, ale kompletne gazety i materiały propagandowe... oczerniające NSDAP, Wehrmacht i Niemców. Trzeba przyznać, że nawet sami oczerniani naśmiewali się z zamieszczanych tam świetnych karykatur Hitlera i niemieckich dowódców.

 


Winieta fałszywej niemieckiej gazety Erika

 

W połowie 1943 r. do niemieckiej bazy transportu samochodowego w Łodzi trafiły pisma i ulotki antyhitlerowskie. Następnie wśród wojskowych ktoś wytypował potencjalnych „opozycjonistów" - podstawowym kryterium wyboru było nieinformowanie Gestapo o nielegalnych drukach. Tak zwerbowani ochotnicy zgłaszali się w umawiane miejsca i tak dopiero otrzymywali prawdziwe instrukcje i materiały propagandowe. Powstała grupa opozycyjna w samym Wehrmachcie! Ktoś odbierał od zrzeszonych w niej niemieckich wojskowych broń, amunicję, medykamenty, benzynę oraz pieniądze. Przez sześć miesięcy sterowano zręcznie całą grupą niemieckich oficerów, odwołując się do separatyzmu poszczególnych landów, a szczególnie samodzielności Bawarii.

Aby rozszerzyć szeregi opozycjonistów, powołano w końcu w łódzkiej bazie transportowej komórkę „NSDAP-Erneuerungsbewegung". Miała być to opozycja w łonie samej partii nazistowskiej, którą kierować miał zbiegły do Wielkiej Brytanii Rudolf Hess! Niemcy łykali wszystko, niestety do czasu... W końcu ktoś doniósł na swych kolegów. Zatrzymano ok. 40 wojskowych, ale nie ujęto prowodyra całej akcji. Oceniono za to, że ruch ten był jedynym takim przypadkiem w armii hitlerowskiej!

Przełom w sprawie nastąpił jesienią 1943 r., gdy aresztowano dwóch pracowników węzła kolejowego Zduńska Wola - Karsznice, byłych członków Kedywu. Powrócono wówczas do wątku łódzkiego. Tym tropem śledztwo dotarło do niejakiego Jana Lipsza ps. "Anatol", sumiennego folksdojcza, czynnego członka partii nazistowskiej, dobrego znajomego czołówki łódzkich oficerów Wehrmachtu.

Okazało się, że Polak, Jan Lipsz, zaprzysiężony żołnierz Armii Krajowej, na rozkaz polskiego podziemia wpisał się na folkslistę i paraliżował fałszywymi donosami cały łódzki aparat represji, roznosił po szpitalach i bazach wojskowych ulotki i pisma dla niemieckich żołnierzy, wysyłał im podrobione rozkazy - rzekomo z Berlina, wzywał obywateli Rzeszy do obozów zagłady, wreszcie zawiązał siatkę konspiracyjną w łódzkim Wehrmachcie, dozbrajał jej kosztem Armię Krajową i wciskał okupantowi każdy kit, jaki wymyślił przez całe 4 długie lata. Okazało się, że w jego niemieckim na wskroś mieszkaniu, w niemieckiej na wskroś dzielnicy czuł się bezpiecznie nawet słynny kurier z Londynu - Jan Nowak-Jeziorański.

Libsza aresztowano 13 czerwca 1944 r. i zamordowano w siedzibie Gestapo w Łodzi przy ul. Anstadta 7, kiedy - podobno - próbował rzucić się na jednego z konfidentów. Nie "sypnął" nikogo. Zostawił żonę i dwuletniego syna, których po wojnie komuniści "uznali" za Niemców i skierowali na ciężkie roboty.